PS4

Pułapka grindu Destiny 2 recenzja

21 Wrz , 2017  

 

Przeziębienie dopadło mnie zanim przyszła informacja, że mogę skorzystać ze szczepienia przeciwko grypie, o ironio. Zaatakowało mnie znienacka, jeszcze rano było ok, a po trzeciej popołudniu już 38’C gorączki. Rzadko choruje, ale tym razem nie miałam wątpliwości. Czekało mnie kilka dni zwolnienia i wygrzewania się łóżku z litrami herbatki z cytrynką i miodem w łóżku.

Akurat WTEDY, kilka dni po premierze – Destiny 2 (!!!) tylko czekało na okazję. W całym tym (nie)szczęściu mogłam zostać w domu, sam na sam z konsolą. Jak samospełniający się mit gdy zwolnienie lekarskie przypada na premierę nowej gry.

 

Pomysł na granie brzmiał bardzo zachęcająco – kołdra, pad, herbatka – dopóki, nie przyszło do realizacji. Do Destiny trudno przysiąść na dwie trzy godziny i tyle, nawet przy pierwszej części to się nie udawało. Wiedziałam, że będzie opór, ze strony domowników. Chorowanie w środku tygodnia ma to do siebie, że zawsze jest coś do zrobienia. Zostając w domu widzisz to wszystko, aż nie będę wymieniać.

 

Tego dnia generowałam wokół siebie w szybkim tempie stosy chusteczek zanim dobiłam do 20 poziomu byłam już silosem celulozy. Mąż groził wyłączeniem konsoli.

destiny 2 recenzja

 

Trzeba było coś ze sobą zrobić, względnie doprowadzić się do porządku. Z pomocą przyszły PVP i public eventy. Podczas dobierania graczy kompletowałam pranie do wstawienia, czekając na rozpoczęcie eventu można na raty robić obiad. Schody zaczęły się jak do domu zlecieli się domownicy: mąż i córka, koniec grania, konsola do uśpienia.

 

DESTINY 2

 

Destiny 2 zdecydowanie wychodzi daleko poza grupę casualowców – niedzielnych graczy. Piszę to z perspektywy gracza weterenki Destiny z Year 1, czyli od 2014 r. Ktoś kiedyś powiedział „tu się chodzi, tu się szczela” i owszem po powierzchni jest to FPS oparty na grindzie. Budowałam postać w pierwszej części prawie 3 lata i zachowałam z tego jedynie wygląd, także oczekiwania miałam ogromne. Także wiecie, wszystko zaczęło się od początku. WSZYSTKO przepadło, całe światło… tę zgłowieszczą nowine adekwatnie oddaje soundtrack z D2, polecam na chwilę zatrzymać się i posłuchać, będziesz wiedział/a jaki teraz mi nastrój towarzyszy.

 

 

Najeźdźca, czerwony Legion z Ghaulem na czele zrównał z ziemią Tower, opanował wędrowca zabierając tym samym strażnikom światło. Bez światła strażnicy nie mają szans. Zostaję ewakuacja ocalonych. Podczas ucieczki pada jedno z najbardziej wzruszających zdań:

 

 

„Guardian…If you die… I can’t resurrect you…” – ledwo krzesi z siebie nasz duszek.

To zupełnie nowe emocje z Destiny.

 

Bungie postarało się o wiele przepięknych, długich cutscenek pozwalających zrozumieć rozmiar trategii. Rozbudowane początki przypominają mi Horizon Zero Dawn. Najpierw zapowiedź, kontekst, potem przedstawienie postaci w nowym świetle, a na końcu nasza rola. Obszerne wprowadzenie daje nam poczuć częścią tych wydarzeń, jakbyśmy uczestniczyli w interaktywnym filmie. Tematem drugiej części w moim odczuciu jest światło i to czym faktycznie jest, o tym głębiej przekonacie się po przejściu głównego wątku fabularnego.

To zupełnie nowe emocje dla graczy.

 

Nie znam innej gry opartnej na grindzie, która odważyłaby się jedynym ciosem odciąć wszystkich do jednej linii, wyzerować licznik wypuszając drugą część, a faktycznie rozpoczynając zabawę od nowa. Zazwyczaj przesuwa się maksymalny pułap np. tak jak World of Warcraft. Definiowanie swojego poziomu się przez pryzmat ilości punktów światła od początku Destiny było bardzo silną motywacją. Myślę, że mocno to uderzyło w hardcorowych graczy. Wyścigi zaczęły się już od momentu premiery. W drugiej części ewidentnie widać proaktywnych, którzy nie spoczną póki nie osiągną maksymalnego światła.

Trzeba było być singlem bez dzieci…

 

 

Destiny 2 wciąga od pierwszych minut. Aby solidnie zatopić się w nowym świecie najlepiej spędzić bez przerwy  pierwsze 3-4 godziny (nie przewijać cutscenek!). Początkowy proces wychodzenia po upadku i proces przejścia do momentów pozytywnie miłych niestety trochę trwa. Nie ma czasu na nudę, Bungie postarało się o masę różnych aktywności: potyczki, public eventy, lost sectors, patrole, strike itd. Już we wczesnym etapie można zupełnie swobodnie decydować o aktywnościach. Na czterech planetach: Ziemi, Nessus, Tytanie i IO jest cała masa lokacji do odkrycia. Moim ulubioną jak dotąd są krajobrazy IO.

 

 

destiny 2 recenzja

Chwilę zatrzymam się nad lootem, czyli łupami do zdobycia. Zwróciło moją uwagę jak różni się od Destiny 1.


Hierarchia wypadającego lootu (jak poprzednio):

  1. Zwykłe – białe
  2. Pospolite – zielone
  3. Rzadkie – niebieski
  4. Legendarne – fioletowe
  5. Egzotyczne – złote

 

W aspekcie wizualnym stajemy się bardziej uczłowieczeni w stosunku do D1, jeżeli można tak powiedzieć. Zamiast naszego futurystycznego wyposażenia wpadają „zielone i białe” spodnie, kurtki, chustki wyglądające jak moda z sieciówek. Zauważalna zmiana dotyczy również legendarnego wyposażenia w późniejszy etapie, mniej pojawia się mody motocyklowej (obudowanie grzbietów, zabudowania prawie każdej części ciała itd). Pojawia się więcej tkanin i szat – „niebieskich” i „fioletowych”, w przypadku „złotych” egzotyków tak jak Destiny 1 zawyczaj  ubiór stylizowany jest na mityczny wygląd (rogi, skrzydła itd.).

 

Zaryzykuję stwierdzenie, że w Destiny 2 klasy wizualnie przypominają trochę klasy z RPGów:

  • Czarownik : mnich, kapłan
  • Łowca: myśliwy, łotrzyk
  • Tytan: paladyn, krzyżowiec

 

destiny 2 recenzja

 

 

Przemiana w prawdziwą legendę tym razem jest dużo bardziej widoczna wizualnie niż poprzednio. Od człowieka do mitycznego bohatera.

Do wszystkich elementów (jak dobrze pamiętam od niebieskich w górę) można odzielnie nakładać palety kolorów i stworzyć coś zupełnie unikalnego. Kombinacji jest naprawdę sporo.

 

Ktoś więcej niż suma punktów światła

 

 

Mimo pernamentego braku czasu trochę udało mi się pobyć w świecie po upadku w Destiny 2 (nadal mój mąż jest na mnie zły, że zdrowieje się szybciej gdy się nie gra). Nie ma co się oszukiwać, to nie jest gra na jeden czy trzy wieczory. Wymaga determinacji, sporej ilości wolnego czasu… trochę z przerażeniem patrzę na kalendarz i inne premiery. Jest to jedna z najpiękniejszych gier w jaką zdarzyło mi się grać. W wolnym czasie słucham soundtracku i nie potrafi mi się od tygodnia znudzić mimo zapętlenia. Bungie odrobiło na 5 lekcję o budowaniu angażującej historii. Jednocześnie to taki mały pstryczek w nos dla wszystkich, którzy definują się przez poziom światła.

Do zobaczenia na orbicie!

 

Komentarze