Back to 1998 / INTRO // BOLD PIXEL

Intro

Zbliża się wieczór. Na openspejsie nie został już nikt, trudno się dziwić dochodzi 20-sta. Tylko Ty, energiczny korpoludek agencji LEMINGEX. Spoglądasz smutno w swoje odbicie na monitorze wśród tabelek. No właśnie. Twój wewnętrzny kawowy wskaźnik opadł dramatycznie, wskazówka bliska zeru. Potrzebujesz kawy, aby to dokonczyć, ale nie takiej z nieśmiertelnego ekspersu do kawy ze wspólnej kuchnii. Ta smoła tu nie pomoże. Odwaliłeś dzisiaj sporo dobrej roboty, ale jeszcze sporo przed Tobą. Nie na dziś, nie na jutro, na wczoraj. Roboty za którą Cię nikt nie pochwali, z pewnością nie Ramona, apodyktyczna młoda szefowa, więc możesz czasami zrobić prezent sobie sam. Czas na nagrodę: czekoladową latte na kokosowym mleku z dodatkowym szotem z pobliskiej kawiarnii. O tak, jakoś sobie trzeba radzić. W drodze posprawdzam te linki z kampanii na telefonie.

 

Taki był plan.

 

Cholerny internet, straciłem 20 minut, czas zabrać się za te raporty, zaraz Ramona będzie dzwonić, kampania musi ruszyć… ale co to? Paczka, o tej godzinie?
– Przesyłka specjalna! Już pokwitowane. Nara-Barbara – rzucił kurier znikający za rogiem.

 

Kurier teraz? Tak na wrotkach jeździć, tutaj? Macham ręką, znowu coś. Możliwe, że to jakaś nowa akcja Aber Prime. Małe pudełeczko wygląda jakby szło z 20 lat. Jak z tego filmu z facetem od paczek, gadającym do piłki na wyspie. To było wieki temu, jak dawno tego nie widziałem. Pudło zniszczone i pokiereszowane, krzykliwe kolory zdążyły już dawno wyblaknąć od słońca. Ciekawe co to, adresat się zgadza, nadawcy brak. Przemagam chęć otwarcia, bo wciąż nieustaje drażliwy dźwięk telefonu uff, to tylko żona, nie szefowa. Może spróbuję jedną ręką otworzyć tą przesyłkę.

 

– Gdzie jesteś?! W drodze? No chyba nie zapomniałeś? Andrzej ma dzisiaj 2 urodziny, cała rodzina czeka… GDZIE JESTEŚ, JA SIĘ PYTAM?? – słychać, że próbuję zapanować na drążącym z nerwów głosem.

 

Odkąd pojawił się Andrzej w naszym życiu, Grażyna weszła w jakiś taki tryb nieustającego boju, cały czas coś. I pomyśleć, że kiedyś była łagodna jak opatrunek na jego duszy, tylko kojące słodkie ramiona. Od minuty rozmarzenia oderwał mnie mały kawałek papieru na podłodze. Chyba z pudła musiała się wyśliznąć ta karteczka.

 

Napis głosił “Kocie oczka, w dawne dni, przypomną Ci kim miałeś być” – nonsense.

 

Mocuję się trochę, ale już widać, prawie… moment… cholera, co ona powiedziała, a to dziś. Mam przechlapane. Kolejna kłótnia o to samo, przecież wie, że pracuje. Zaraz pewnie będzie wykład, trzeba to szybko ugasić. O jest! W środku paczki szklane kolorowe kuleczki… no i się rozsypało. Pięknie, teraz to pięknie. Jaki bałagan.

 

– Słuchaj, wypadło mi coś, nie było czasu zadzwonić, jak skończę to wrócę… przecież I tak nie będzie pamiętał, jest jeszcze za mały takie rzeczy. Ktoś musi zarabiać na to mieszkanie i prywatny żłobek. Wybacz, ale nie mogę rozmawiać. Będę później. – odpowiadam spokojnie i żegnam się szybko. Grażyna zrozumie.

 

Odkładam słuchawkę na blat. Trzeba to szybko pozbierać, bo się jeszcze ktoś zabije. Jedna przeturlała się w kąt. Po zrobieniu kroku, nagle ku mojemu zdzwieniu w oka mgnieniu straciłem kontakt z podłożem. Pewnie była jeszcze jakaś na podłodze i nieopatrznie musiałem właśnie na nią nadepnąć. Nie było czasu nawet na szybkie “auu?”. Domyślam się, że był nie lada huk, gdy padłem na plecy, a może głowę, ale w sumie nie pamiętam, bo po chwili obraz zakryła mi gęsta, lepka ciemność. Czekaj, gdzie moja kawa.

 

 

 

 

Komentarze